Tajniki warsztatu legendarnego copywritera – horror

Trafiłem na nią dzięki, rekomendacji znajomego, to musiał być jakiś nielichy żart. Jest to jedna z tych książek, której wielki krzykliwy napis zajmuje 80% okładki, a tytuł nie odbiega od przeciętnego maila wysyłanego tysiącami przez guru marketingu – „Hopkins, Claude – Tajniki warsztatu legendarnego copywritera”. Dobre recenzje o niej skłoniły mnie do jej zakupu. Nazwisko podobno zobowiązuje, niestety kiedy żył Claude Hopkins, jeszcze nie słyszeli o Milczeniu Owiec, a szkoda. Bo gdyby został seryjnym mordercą, zanudzał by swoje ofiary na śmierć swoimi opowieściami, z ulgą dla całej reszty ludzkości.

Wyznaje zasadę 50 stron. Jeżeli po lekturze takiego fragmentu książki, nie jestem zainteresowany odstawiam ją na wieki i nigdy nie wracam. Tu niestety popełniłem ten błąd, że zostawiłem ją jako jedyną na moim tablecie. Niestety awaria Internetu pchnęła mnie z szyderczym uśmiechem w objęcia tej nudnej jak kolejka do gabinetu geriatry lektury. Książka miała być o sztuce pisania, była o sprzedaży i dość wąskiej gałęzi marketingu. Książka na początku złudnie wydaje się interesująca, autor sprzedaje nam historię ala podróż bohatera, niestety ta szybko się kończy, a każda kolejna przygoda wydaje się dokładnie taka sama jak poprzednia, całkowicie schematyczna. Coś jak w filmie, w którym bohater budzi się wciąż tego samego dnia, przeżywając te same sceny, horror.

Z książki można wynieść przede wszystkim to że: trzeba robić badania na grupie docelowej, wybrać odpowiadające hasło reklamowe, posłużyć się osobowością jako dowodem, że dany produkt jest wartościowy, by następnie rozdać sporo próbek, które pociągną za sobą stado nowych klientów. W skrócie to tyle, cały sekret niesamowitego copyrightera. I kiedy na 3 historii łapiesz się, że autor wciąż pisze o tym samym, masz ochotę wrzucić ją do pieca i dołożyć trochę dwutlenku węgla do globalnego ocieplenia, gdyby nie fakt, że jest tylko bezdusznym plikiem, na którym ni jak nie da się wyżyć, za zmarnowany czas. Merytoryczna objętość tej pozycji w zupełności zmieściła by się na opakowani po tiktakach.

Ta książka jest potrzebna copyrighterowi jak ślepemu klaser. Warto ją kupić tylko jako broń masowgo rażenia, wystarczyłoby zrzucić jej kilka sztuk w okolicach Teheranu, a w obawie przed kolejną częścią sami oddali by nam całą ropę naftową, a w gratisie dorzucili cały wzbogacony uran, który produkowali od lat.

[sc:formularz-dolny ]

Share this post

Piotr Marszałkowski

Z mową ciała i wykrywaniem kłamstwa jest jak z seksem, wszyscy myślą, że się na tym świetnie znają.

2 comments

Add yours
  1. Kamil Kuczyński 2 grudnia, 2013 at 09:46 Odpowiedz

    Ja mam inne odczucia. bardzo mi się ta książka podobała. Nawet przeczytałem ją dwa razy. Masz rację, że nie ma tam prawd objawionych, ale sądzę, ze kazdy może wynieść coś dla siebie.

    Tak, na marginesie to masz fajny styl pisania.

    Pozdrawiam

    • Piotr Marszałkowski 3 grudnia, 2013 at 15:27 Odpowiedz

      Dzięki, nie ukrywam, że książka może się podobać. Jednak osobiście przestałem planować swoją nieśmiertelność, gdzieś w okolicach pierwszych zajęć z przyrody, dlatego każda minuta mojego życia jest ważna, a co za tym idzie staram się wybierać książki bardzo krytycznie.

Post a new comment